Hej, ho!

Jest tu jeszcze kto? Strasznie mi głupio, że tak dawno nie pisałam – najpierw nie miałam czasu, na prawdę, a potem jakby wyszłam z wprawy, zanikł we mnie ten nawyk. Chociaż robiłam przeróżne rzeczy, dbałam o włosy, kondycję i nawet sporo tworzyłam, to jednak nie było ani kiedy tego udokumentować fotograficznie, ani skomentować… Przepraszam, jeżeli ktoś czuje się rozczarowany.Dziś będzie krótko. Pragnę Wam donieść, że wróciłam do olejowania włosów. Pamiętając jakie efekty miałam na początku włosomaniaczej drogi za sprawą oleju kokosowego, włączyłam go do wczorajszej pielęgnacji. Moje włosy przez ostatnie dwa tygodnie sporo ucierpiały w pracy, mimo regularnego stosowania wcierki i suplementacji, na które zdecydowałam się w tym miesiącu w ramach jesiennego zapuszczania, stały się matowe i zaczęły intensywniej wypadać, mimo sukcesów w ubiegłym miesiącu. Czyżby jesień i mnie dopadła? Mam nadzieję, że końcowomiesięczne pomiary pokażą, że jestem w błędzie, jednak nie robię sobie zbyt dużych złudzeń.

Akcja pielęgnacyjna przebiegała bardzo prosto. Na początku naolejowałam suche włosy sporą ilością oleju, zawinęłam w czepek i wełnianą czapkę. Po półtorej godziny umyłam włosy rosyjskim mydłem cedrowym, nie nakładałam już odżywki, ale wypłukałam włosy w ciekawej płukance: do litra wody dosypałam łyżkę ksylitolu i dwie łyżki octu jabłkowego:

SONY DSC

Włosy świeżo po wysuszeniu wyglądały na spuszone, musicie mi wierzyć na słowo, że choć lekko sztywne (ksylitol), były miękkie, lekkie i lśniące. Znaczy lśniące stały się po mniej więcej pół godziny od wysuszenia, ale nie miałam już okazji wtedy zrobić zdjęcia. Pokażę takie jakie mam. Po wysuszeniu (ostatnie z lampą):

SONY DSC

Po rozczesaniu:

SONY DSC


Na pewno zwraca uwagę wzmocniony skręt. Myślę pokombinować jeszcze coś w tym temacie, ale dodałabym proteiny, tak dla dociążenia.