Witajcie.

Dużo mydlenia było ostatnio. Za dużo może jak na bloga o wszystkim. A jako, że w przyszłości szykuje mi się jeszcze kilka wpisów mydlarskich – a także kilka zmian w kalkulatorze zmydlania – dla odmiany tym razem opiszę przeróbkę, a może tylko adaptację własną popularnej komody „Tarva”, jaką można w miarę tanio nabyć w znanym powszechnie szwedzkim… yyy… holenderskim sklepie Ikea.

Komoda sama w sobie nie zachwyca, ale wykonana została z litego drewna iglastego – a ponieważ nie jestem fanką plastikowych oklein ani fornirów na paździerzach – postanowiłam ją przygarnąć.

Nowy mebelek skręcił mąż. Tak szybko, że nie zdążyłam nawet pomyśleć o zrobieniu zdjęcia w trakcie. Później komoda mieszkała z nami w stanie surowym jakieś dwa – trzy miesiące. Ale nie mogłam już dłużej na nią patrzeć…

 

 

Właściwie najbardziej przeszkadzały mi gałki od szuflad. Patrząc na nią, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że projektował ją miłośnik infantylnych guzików.

 

Kolejny uwierający jak ziarnko piasku w prezerwatywie aspekt to niska praktyczność. Ręka do góry kto otwiera szuflady oburącz za każdym razem?!

Rozwiązaniem tej kwestii okazało się zakitowanie istniejących otworów po wkrętach mocujących gałki kitem do drewna. Kilka minut dłubania dla mnie. Tymczasem wyznaczyłam miejsce na nowe gałki i zaprzęgłam męża, aby nawiercił nowe otwory. W międzyczasie słuchałam któregoś dokumentu na kanale „PLANETA” na Youtube.

Komodę zabezpieczyłam białą „kremową” lakierobejcą w taki sposób, aby jednak było widać słoje drewna. Wiem, że biel „a fe!” w pewnych kręgach, ale lubię biel. Lubię jasne, optymistyczne otoczenie. A jeśli nie biel, to przynajmniej drewno. Tu padło na biel, bo wystarczy mi podłoga w drewnie i świadomość, że pod tą bielą również jest drewno.

Chciałam koniecznie uciec od efektu „plastikowości”. Zdaje się, że się udało.

Pozostała kwestia brzydkich gałek. Długo wahałam się, przeglądając setki używanych „starociowych” gałek, oraz tych nowoczesnych, także szklanych i ceramicznych… Ale okazało się, że mogę wykorzystać uchwyty – z odzysku, z mebli, z którymi jakiś czas temu postanowiliśmy się rozstać z przyczyn praktycznych.

No dobra, były też brzydkie. I paździerzowe. Z brzydką okleiną i trudnymi do utrzymania w czystości „ramkami” na frontach.

Montaż nowych uchwytów poszedł sprawnie. Najpierw małymi gwoździkami dekoracja otworu, późnej sam uchwyt, śrubą:

Tak wygląda porównanie uchwytów i powierzchni:

Tak prezentuje się obecnie:

I jeszcze porównanie „przed” i „po”, dla tych, którzy tak jak ja lubią tego typu zestawienia:)

Ja jestem zadowolona z efektu i cieszę się, że wreszcie się zebrałam do malowania, bo wcześniej miałam blat cały czas zakryty jakimś obrusikiem, żeby się nie pobrudził, a teraz łatwo go zetrzeć.


Też lubicie przerabiać meble czy wolicie gotowe rozwiązania?