Hej, ho!

Długo zastanawiałam się czy pokazywać swoje zdjęcia (kompleksy, ochrona prywatności i inne długo by wymieniać), ale bez fotografii samego siebie bloger wydaje się być niewiarygodny.

Miało być o włosach, tak na pierwszy ogień, bo wydaje mi się to dosyć łatwy temat. Moje włosy są cienkie, średniej gęstości, co daje grubość kucyka ok. 7cm na stan obecny. Wyglądają na dosyć gęste, ale tylko dlatego, że są lekko falowane (typ najprawdopodobniej b2). Ich problemem jest to, że są bardzo delikatne, kruche, ekstremalnie wrażliwe na uszkodzenia oraz lekkie jak piórka…

Teraz ich stan jest wręcz świetny, ale były czasy, że fryzjerka dosłownie płakała nad nimi, bo uprałam się zapuszczać, a były zniszczone i wykruszone aż po czoło. Dziwne, bo nie farbuję włosów – dawno temu robiłam „szamponetki”, ale to było 5 lat temu i raczej nic już z tego nie zostało nawet na końcach. Nie stylizowałam włosów. Chyba 5 razy w życiu na jakieś większe okazje. Nie miałam nigdy trwałej, ombre, balejażu czy innych wydziwiasów. Nic. Co więc wpłynęło na stan moich włosów…?

Praca. I chemikalia którymi pracuję. Najbardziej wapno. I cement. Po 3 miesiącach intensywnej pracy prawie wyłysiałam… Musiałam ściąć włosy. Miały wtedy długość do łopatek, w kucyku chyba niecałe 4 cm. Piszę „chyba”, bo nie mierzyłam i oczywiście wstyd mi było wyjść gdzieś z takim smutnym ogonkiem. Cały czas spinałam włosy blisko przy głowie, żeby jakoś zakamuflować ich stan. I jak wspomniałam były niesamowicie wręcz wykruszone i rozdwojone (po wielokroć) aż przy czole. Poszły pod nożyczki. Nie myślałam wtedy o robieniu zdjęć. Na pewno nie chciałam utrwalać tej tragedii…

2

Na zdjęciu powyżej stan po ponad dwóch latach dbania o włosy i radykalnym podcięciu. Końcówki wciąż w opłakanym stanie, ale nie martwcie się, praktycznie nie chodziłam wtedy w rozpuszczonych włosach i nikt ich nie oglądał 😛

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: zaczęłam dosłownie walczyć o włosy. Obecnie walka trwa już kilka lat, choć na chorobę zwaną włosomaniactwem zapadłam na dobre dopiero w 2013 roku. Wzbogaciłam wtedy jeszcze bardziej swoją pielęgnację. A co najważniejsze, pokochałam swoje włosy. Komplementy przyszły same. I były dla mnie bardzo budujące. Wiem, że w kontekście gęstych, grubych i mięsistych włosów szału nie robią, ale w obrębie własnych możliwości genetycznych są niesamowite;)

SONY DSC

Co zmieniłam:

  • Chronię włosy przed czynnikami niszczącymi (w pracy chustka, w zimie czapka – nienawidzę czapek – gdy temperatura spada poniżej 0°C, olej i serum silikonowe na końcówki);
  • Delikatnie rozczesuję, a jeżeli się spieszę to spinam w koczek bez czesania;
  • Nie czeszę całkiem suchych (siano) ani całkiem mokrych (przyklap) włosów, a takie prawie-wyschnięte. Są wtedy w stanie ładnie się ułożyć dosychając, a nie ma puchu i nieładu;
  • Olejowanie, czasami – jeszcze 3 lata temu nie miałam o tym pojęcia;
  • Delikatnie oczyszczam, tylko raz na tydzień mocniej;
  • Odżywiam: lubię maski i odżywki z proteinami- usztywniają włosy, z olejami – nadają sprężystości, z hydroksyetylcelulozą – dodaje objętości, z aloesem – nawilża;
  • Nadal nie stylizuję, nie używam pianek, lakierów, nie farbuję, nie prostuję (prostowałam ze 4 razy w życiu, ale przyklap mnie zniechęcał skutecznie);
  • Podcinam i cieniuję samodzielnie nożyczkami fryzjerskimi. No dobra, czasem zmuszam do tego narzeczonego;
  • Zdarzyło mi się zrobić hennę „cassia”, henn w pielęgnacji używałam sporadycznie, zwłaszcza na początku, tak samo jak wcierek i płukanek. Teraz zostałam tylko przy płukance z octu jabłkowego (domowej roboty!);

Nie piszę o konkretnych produktach, bo stosowałam na przestrzeni lat wiele różnych preparatów. Moje włosy lubią zmiany, gdy zbyt długo używam danego kosmetyku, przestaje on na nie działać. A chcę aby produkt działał na moje włosy, w końcu je pokochałam, wydaje mi się, że nawet z wzajemnością;) Jeszcze aktualne zdjęcie:

SONY DSC

A Wy? Kochacie swoje włosy?

Dodaj komentarz