Hej,

Dziś wysolimy wspólnie mydło sodowe – analogicznie można potraktować nieudane mydło potasowe – ale uzyskany wysołek będzie o wiele miększy, rzadszy.

Wiem, że jest już sporo podobnych instrukcji – ale tak długo zalegały mi nieobrobione filmy i zdjęcia, że wreszcie nadszedł ten dzień.

Zaczynajmy.

Na początek potrzebujemy nasze nieudane mydło lub – jak u mnie – skrawki i ścinki mydlane rozdrobnić i rozpuścić w wodzie. Tradycyjnie dobrze jeśli tej wody jest więcej, ale miałam mały garnek i zrobiłam w małym. Po prostu trzeba nieco pilnować.

Resztki mydlane należy zważyć (mniej- więcej).

Rozpuszczanie

Resztki i ścinki mydlane trzeba rozdrobnić, zalać wodą na noc lub dłużej, i rozpuścić. Ja zalałam na noc, a kolejnego dnia wieczorem rozdrobniłam blenderem i podgrzałam.
Uwaga: Jeśli wysalacie pierwszy raz, to weźcie większy garnek – najlepiej, aby roztwór sięgał max do połowy jego wysokości.

Tak wyglądała początkowa konsystencja rozpuszczonych odpadków mydlanych, brązowa breja:

Za jej kolor w dużej mierze odpowiadało mydło kasztanowe (z pulpą z wygotowanych kasztanów).

Wysalanie 1

Do naszej brei musimy dodać brakującego wodorotlenku (najlepiej w nadmiarze).

Jak to oszacować?
Załóżmy, że mam 1 kilogram skrawków. Moje mydła przeważnie mają przetłuszczenie w okolicy 7-9% (przyjmijmy 8). Czyli na oko mój niezmydlony tłuszcz to ok.80g.
Moimi najczęściej używanymi tłuszczami były (jeszcze kilkanaście mydeł temu) oliwa i olej kokosowy.
Aby zmydlić 80g oleju kokosowego potrzebujemy ok. 15g NaOH
Analogicznie dla 80g oliwy będzie to ok. 10g NaOH.

Przyjmijmy wartość wyższą, czyli 15g. Tyle do zmydlenia nadmiarowych tłuszczy powinno wystarczyć – ale: skrawki pochodzą z mydeł starszych i młodszych (sezonowanych i zupełnie „świeżych”), więc proporcjonalnie część skrawków zawiera mniej wody, a więc masa suchego mydła – a więc i przetłuszczenia – będzie większa.

Weźmy więcej NaOH. Nawet dwu-trzykrotnie. Ja dodałam 45g. Nadmiar i tak wypłucze nam się podczas olejnych wysalań.

Sypiemy lub wlewamy nasz wodorotlenek do garnka (można go wcześniej rozpuścić, ale nie trzeba – ja rozpuszczałam), a następnie blendujemy chwilę. Można na tym etapie zrobić przerwę i wrócić za godzinę.

Do naszego budyniu zaczynamy następnie dosypywać soli kuchennej.
Dosyć sporo. Można jej sypać na oko, po trochu – i tutaj nie napiszę niestety ile dokładnie – to zależy od ilości wody, w której rozpuściliście skrawki, ponieważ musimy osiągnąć takie stężenie soli w wodzie, aby wyparła ona mydło na powierzchnię.
Jedyne co polecam to blendować w trakcie (sól szybciej się rozpuści). Dążymy do sytuacji jak na filmiku niżej – widać jak mydło „odpycha się” z wodą i „ucieka” ze szpatułki:

Po osiągnięciu takiego stanu, zostawiamy mydło do ostygnięcia.
Ja staram się o nim zapomnieć i wracam po ok. dobie.
I mamy taką już ewidentnie jaśniejszą „skorupkę”, pływającą po powierzchni:

Nie dotykamy tego gołą dłonią!
Zakładamy rękawice, wyjmujemy krążek, a wodą możemy udrożnić toaletę (to taki a la „kret”, słabszy w tym stężeniu, ale jednak).

Mydlany krążek można opłukać na odwrociu (na moim od spodu zrobiło się nieco szlamu). Wrzucamy go do opłukanego gara i powtarzamy wysalanie.

Wysalanie 2

Krążek rozdrabniamy (wciąż w rękawicach), zalewamy wodą, rozpuszczamy na gładką masę. Można przeblendować:

Kolejnym etapem jest ponowne dodanie soli. Teraz chcemy wypłukać nadmiar wodorotlenku. Znów sypiemy (i mieszamy, mieszamy) do momentu oddzielenia się frakcji:

W skrócie powtarzamy schemat:

  1. Wysolić (oddzielić od wody)
  2. Ostudzić
  3. Odlać brudną wodę
  4. Zalać czystą i rozpuścić
  5. Wysolić

Powtarzamy do momentu, kiedy woda jest czysta – lub kiedy czystość mydła nas satysfakcjonuje 🙂
Jak widać na filmie niżej solanka jest czysta, więc dalsze wysalanie nie ma sensu:

Tak wygląda produkt końcowy: mydło jest wysolone, o czym świadczy biały kolor masy:

(wiem, w sztucznym świetle, kiedy nagrywa się kalkulatorem to nie widać zbyt dobrze...)

Widoczną wyżej na filmie masę mydlaną zblendowałam, podgrzałam mocno i gorącą upchnęłam (w rękawiczkach) do form silikonowych.
Mydło jest niestety dosyć „puszyste”, więc przy wyjmowaniu musiałam formy schłodzić.


Teraz pora mydło wysuszyć, czyli zostawić w spokoju.

A niżej ciekawostka: różnica w kolorze w mydle z ostatniego i przedostatniego wysolenia. To przedostatnie odebrałam z ciekawości. Później żałowałam, że nie robiłam tak co etap, ale w sumie po co mi takie niedooczyszczane mydło?


Niuans kolorystyczny jest minimalny, ale chyba widać, które jest to ostatnie?

Oczywiście nie trzeba się bawić w upychanie wysolonego mydła do form. Można go osuszyć jak twaróg (na tetrze lub durszlaku). Można zostawić w formie pasty. Można bardziej rozcieńczać. Zależy do czego chcemy go później używać.

Nie nagrałam odlewania wody i upychania do form z powodu braku trzeciej ręki. Może kiedyś mi wyrośnie. Tymczasem cieszę się, że wreszcie poskładałam ten wpis w całość 🙂