Hej, ho!

W tym wpisie podzielę się zeszłorocznym doświadczeniem sporządzania wina na miażdżycę według przepisu dosyć znanej polskiej znawczyni ziół i pisarki. Przepis jest dosyć prosty, ale i wymagający cierpliwości, jeszcze nie wiem czy skutecznie działa, natomiast wiem jak smakuje. Ciekawi?

Przepis podejrzałam w jednym z odcinków „Drogowskazów zdrowia”. Szczerze mówiąc po każdym odcinku miałam ochotę od razu lecieć na łąkę i przyrządzać wszelkie ziołowe mikstury.

Do tej konkretnej potrzebujemy młodych liści czarnej porzeczki oraz dużego słoja lub butli. W zeszłym roku liście zbierałam w kwietniu, ale myślę, że teraz jeszcze można je zebrać. Na czas zbioru wybieramy dzień słoneczny, kiedy liście są suche (nie po deszczu, oraz nie wcześnie rano). Potrzebujemy liści do mniej więcej jednej trzeciej wysokości słoika. Następnie zalewamy je białym, wytrawnym winem i zakręcamy. Trzymamy na parapecie, aż do momentu, gdy dojrzeją owoce. Liści nie trzeba myć, ale warto przeglądnąć pod kątem niechcianych lokatorów i ich strząsnąć.

Gdy owoce czarnej porzeczki dojrzeją (kilka tygodni później) zbieramy je, płuczemy, dosypujemy do naszego słoja. Również powinny przyjąć objętość jednej trzeciej jego objętości. Uzupełniamy także poziom białego wina.

Wino wraca na parapet na kilka miesięcy… Co jakiś czas było odkręcane w celu „upuszczenia gazu” i muszę przyznać, że zapach miało genialny.

Niestety, mimo licznych poszukiwań, nie udało mi się zebrać ostatniego składnika – jarzębiny, potrzebnej do dopełnienia nalewki. Na szczęście bliska mi osoba uraczyła mnie jej krewniakiem – jarząbem szwedzkim. Zarówno jarzębinę jak i jarząb należy dwa-trzy tygodnie przemrozić przed użyciem. Dlatego surowiec umyłam, oberwałam gałązeczki, przebrałam nadpsute owocki i zawinęłam w woreczek. Tak przygotowany pakunek posiedział około trzech tygodni w zamrażarce.

Po tym czasie można go było dodać do nalewki. I odstawić na parapet, do słoneczka na jeszcze trzy miesiące.

A tak prezentowała się nalewka krok po kroku, gdy jej przybywało. Jedna trzecia to określenie orientacyjne. U mnie chyba najwięcej było owoców porzeczki.

Co jakiś czas „kręciłam” butelką, ponieważ owoce i liście zaczęły pływać po powierzchni.

Bardzo straciły kolor, za to nalewka zyskała: kolor, zapach i aromat. Gdzieś pod koniec roku wreszcie doczekała się przecedzenia:

Teraz musiała ponownie zostać zostawiona „w spokoju”, żeby mogła się sklarować.

Po przelaniu do butelek otrzymałam nieco ponad dwa litry nalewki – wina porzeczkowego. Czy to dużo? Nie wiem. Wiem, że tak długo na nie czekałam, że pite będzie przez co najmniej kolejny rok.

Wiem, że pachnie pięknie, a w smaku jest wyraziste, kwaśne i orzeźwiające. Przy nalewaniu pieni się lekko. Teraz pozostało mi testować właściwości prozdrowotne. Do zdjęcia nalałam trochę za dużo, ale myślę, że kieliszeczek od czasu do czasu jest w sam raz.


Jeśli również chcecie zapoznać się z serią „Drogowskazy zdrowia” to można wpisać w wyszukiwarkę youtube, lub skorzystać z tego linku.

Ps. Napar z zasuszonych, wiosennych liści porzeczki jest przepyszny i jak kiedyś jej nie lubiłam, tak teraz zaczynam doceniać tą roślinę:)

One thought on “Całoroczna nalewka (wino) na miażdżycę wg przepisu Stefanii Korżawskiej

  1. Anonim napisał(a):

    Bardzo ciekawa inspiracja na nowe ziołowe wyzwanie:) Pozdrawiam

  2. Anna Jod napisał(a):

    Ups zapomniałam o logowaniu ,a więc jeszcze raz pozdrawiam

Dodaj komentarz